The End
Stoję nad przepaścią...pewna swego...
by uwolnić swą duszę
z piekła cielesnego.
Spoglądam za siebie
by ujrzeć jeszcze raz świat, od którego uciekam...
Zielona trawa pachnąca jeszcze rosą,
Drzewa spowite zielonymi sukniami
tańczące prze muzyce szalonego wiatru.
Niebo tak niebieskie jak twoje oczy,
w które codziennie pragnęłam patrzeć,
Słońce, tak szczęśliwe, jakby nieświadome
burzy, która rozpętała się już dawno temu na ziemi..
Natura taka radosna...
Skrywa straszne tajemnice ludzi...
Jest obrusem zakrywajacym spruchniały stół,
Makijażem zakrywającą niedoskonałości człowieka...
Jest dobrą miną do złej gry.
Zamykam oczy...
czuję wiatr, który odsuwając mnie od przepaści,
przywołuje wspomnienia...
chwile które spędziłam z najbliższymi...
będą tęsknić...ja również
to naturalna kolej rzeczy.
Naglę czuję łzę, która spływa mi po policzku,
Maluje mi się uśmiech na twarzy...
chory usmiech...
nie pora na niego...
ale on jest...
pokazał się właśnie teraz..
w tak niewłaściwej sytuacji...
on wie, że muszę to zrobić.
Otwieram oczy...
Słońce łaskocze mnie swymi promieniami,
w nadmiarze nagrzewa moją bladą cere.
Nagle widzę ciebie...
I znów uśmiech...znów się pokazał...
Biorę głowę na dół...
patrze spokojnie w przepaść....
widzę jak spadam,
rozbijam głowę o skałę...
tonę...umieram...
Słońce chowa się na chwilę...
znów łzy...te smutne...
i strach...oplata mnie swoimi cierniami...
Gdzie jesteś mój kochany?
Chcę być tam gdzie ty!
Biorę głowę w górę...
z kamienną twarzą patrzę przed siebie...
już bez uczuć...bez zmartwień...
Dłoń na moim ramieniu...
I smutna twarz mego anioła...
spadłam...już po wszystkim...